Friday, 29 April 2016

Drobne kroki na co dzień - jak kaizen zmienia moje życie

Pisałam poprzednio o tym, jak można stopniowo wprowadzać zmiany w swoim życiu z pomocą kaizen. Teoria teorią, zawsze zaś najlepiej przemawia praktyka. Kaizen pomogło mi (i nadal pomaga) w osiągnięciu wielu celów. Jeśli chcecie wiedzieć jak, poniżej znajdziecie kilka przykładów.

Pisanie bloga

Od dłuższego czasu chodził za mną pomysł stworzenia bloga o rozwoju osobistym. Oczami wyobraźni już widziałam, jak zawzięcie wystukuję na klawiaturze inspirujące teksty, dzielę się doświadczeniami oraz odkrywam na użytek własny i czytelników nowe sposoby na zwiększenie satysfakcji z własnego życia. Miałam wizję gotowego, dość już rozbudowanego bloga, która mnie cieszyła, ale jednocześnie budziła obawę. Mały głos z tyłu mojej głowy mówił: "ojej, stworzenie dużego, profesjonalnego bloga to tyle pracy! Jak ja to ogarnę?" W odpowiedzi, żeby pozbyć się tego lęku, brałam się za robienie czegoś innego. Pisać, oczywiście, nie zaczynałam. Aż w pewnym momencie pomyślałam "a dlaczego by nie wykorzystać kaizen do pisania?" Umówiłam się z sobą, że blog wcale nie musi być duży i superpopularny, a na początek wystarczy, że napiszę jedno zdanie dziennie. Chodziło o to, żebym nabrała nawyku planowania tego, co napiszę oraz codziennego otwierania na laptopie pliku pt. "blog" i pisania. I wiecie co? Jak tylko pozbyłam się całego tego napięcia i oczekiwań, już pierwszego dnia zapisałam prawie stronę! I to tekstu, który rzeczywiście na bloga trafił.

Gotowanie

Nigdy nie miałam zacięcia kulinarnego, ale przyszedł taki moment, kiedy poczułam, że dobrze byłoby umieć przygotować coś więcej niż warzywa na parze i jajecznicę.
Wybrałam więc przepis możliwie najprostszy i jednocześnie zapowiadający się tak apetycznie, żeby utrzymać moją motywację. Pewnie nie zaskoczę nikogo informacją, że były to czekoladowe trufle - przepis typu "wymieszaj wszystko, wstaw do lodówki i poczekaj".
Pierwszy sukces otworzył drogę do dalszych prób i tak oto obecnie gotuję bigosy i piekę wegańskie pasztety. To może wydać się trywialne tym wszystkim, którzy gotują "od zawsze", z przyjemnością i dobrymi rezultatami. Wiem jednak, że jest też wiele osób, które chciałyby umieć gotować, ale wydaje im się to zbyt skomplikowane. Kilka razy próbowały, ale rezultaty nie były powalające. Wiem, bo sama się do nich przez wiele lat zaliczałam. Uwierzcie mi, małe kroki działają i w kuchni...

Aktywność fizyczna

Na samo wspomnienie tych słów słyszę głębokie "ech..." wydobywające się z ust szanownych Czytelników. Co jest takiego trudnego w podjęciu się regularnych ćwiczeń powiedzmy trzy razy w tygodniu? Jak to co? Wysiłek! Nie oszukujmy się, ćwiczenia są wymagające. Choćby niezliczone ilości fitness modelek niewiadomo jak szeroko uśmiechały się do nas z bieżni na youtubie, to w realnym świecie ćwiczenia zawsze będą wymagały wysiłku. Świadomość tego budzi obawę, że nie podołamy. 
Jak ja sobie z tym radzę? Przede wszystkim na początku zarzuciłam wszelkie ambitne plany regularnych i intensywnych ćwiczeń. Żebyście lepiej zrozumieli z jakiego poziomu startowałam, dopowiem kilka szczegółów. Wyobraźcie sobie osobę, która zawsze była w ostatniej trójce w biegach w podstawówce, która jako jedyna nigdy nie zrobiła przewrotki na trzepaku, która nigdy nie przejawiała najmniejszego zainteresowania żadnym sportem, poza szachami. Co więcej, która raz w życiu była na siłowni i fitnessie po czym obiecała sobie, że już nigdy nie wróci, i która przez ostatnie 10 lat nie wykonała żadnego (tak, żadnego) ćwiczenia fizycznego.

Ruszanie z kopyta w moim przypadku skończyłoby się tylko kontuzją i niechęcią do podejmowania dalszych prób. Mimo to, chciałam spróbować. Postawiłam na to, co wydało mi się najprostsze, czyli bieganie. Postanowiłam, że nie będę kupować żadnego specjalnego sprzętu - butów, koszulek itp., bo takie zakupy stworzyłyby tylko dodatkową presję ("no w końcu wydałaś pieniądze, to musisz!"). Zamiast tego założyłam stare buty, dresy i poszłam przejść się w poszukiwaniu przyjemnej krótkiej trasy biegowej. Podobnych wycieczek zrobiłam jeszcze kilka, aż podczas jednej z nich zdecydowałam się nieco podbiec. O losie! Było gorzej niż myślałam! Dostałam zadyszki po 50 metrach. Ale nic to, postanowiłam sobie, że przy kolejnych spacerach będę podbiegać kilka razy po 50 metrów. Po jakimś czasie byłam w stanie biec 15 minut bez przerwy. Jakaż to była radość! Teraz jestem w stanie biec już bez specjalnego wysiłku dłużej, chociaż nadal nie robię maratonów i wcale nie planuję. Umiarkowany i regularny wysiłek fizyczny to jest to, o co mi chodziło i to udało mi się osiągnąć. 

A wy, macie jakieś doświadczenia z metodą małych kroków w codziennym życiu?

No comments:

Post a Comment